MAROKAŃCZYCY I POLACY LUBIĄ DOBRY DEAL
Spotkanie pięciu młodocianych na motorach, na kompletnym pustkowiu, w dzisiejszych czasach, może podpowiedzieć umysłowi, że jest to potencjał na kłopoty.
Szczególnie gdy jest się solo podróżnikiem – blado skórym europejczykiem z aparatem na ramieniu, patrzącym na panoramę doliny z 300 metrowej skarpy, nieopodal wynajętego auta, pełnego powszechnie pożądanych przedmiotów, zaparkowanego nie tylko na szczycie góry, na którą wjechało z wyciem chłodnicy, ale przede wszystkim gdy całe to zajście ma miejsce daleko od czegokolwiek, co można by nazwać choćby miasteczkiem i tym samym daleko od zasięgu choćby 3G, gdyby w razie podpowiadanych umysłowi kłopotów, komuś mógłbym przekazać moje prośby o pomoc.
Patrzę na nieobliczalną przepastną nieckę doliny, która za chwilę zaleje się zachodem słońca, a serpentyny drogi serwującej kardio takim autom jak moje, wynoszą trzy motocykle po dwóch pasażerów. No ciekawe. Idę do auta przezornie przesunąć rzeczy do głębin bagażnika, ubieram sweter, podsuwam kamienie pod koła i nie chcąc okazywać obaw, zostawiam otwarte szyby. Dźwięk silników charkliwy, ostry i niefiltrowany oddalą mówi mi bez patrzenia, że goście właśnie przyjechali. Wybraliśmy to samo miejsce na postój i tego popołudnia będziemy jakoś się nim dzielić.
Idę w kierunku krawędzi, motory krążą po kamiennym parkingu jak koty szukając odpowiedniego klepiska, żeby zwinąć się w kłębek. Pozdrawiam wszystkich przyjaznym spojrzeniem, pogodną twarzą i skinieniem głowy jako jednym ze sprawdzonych pierwszych gestów rozwadniających bariery. Chwilę potem udaję, że mam ważną obserwację, żeby dać im spokojnie się rozłożyć. Chłopak w turbanie przynosi mi lornetkę, żebym mógł się dokładniej przyjrzeć, a skoro już przedmiot przeszedł z rąk do rąk, to jego powrót będzie okazją do uścisku cudzych dłoni i przyłożenia własnej do serca – zgodnie ze wzorcem Marokańskiej uprzejmości. Przedstawiam się jako Martin, Polanda. Z drugiej strony Nassir, Mbrak, Hassin, Mohammad i piątego nie zrozumiałem, ale jeszcze nie raz będziemy zapominać i ponownie się przedstawiać. Czas na całkowite rozpuszczenie dystansu powierzchownej odmienności, na którą składa się to co widać. A różni nas ubiór, skóra, buty, pojazdy, język i oczy. To mój kolor należy tutaj do egzotyki.
Najlepsze mi znane narzędzie, wprowadzające bliskość to aparat fotograficzny. Wskazuję na motor i jego piękny detal – coś na wzór tkanego siadła z wysiedzianego dywanu. Robię mu zdjęcie Fuji i mówię gestem, że bardzo mi się ten motor podoba. Faktycznie przypomina mi coś z miejskiego Coffee Racera, który w wersji wypolerowanej mógłby godnie przewieść stylowego trzydziestolatka z pierwszą siwizną na flat white przy modnej ulicy europejskiego miasta. Ten motor jednak jest sam daleko po pierwszych siwych włosach, daleko po pierwszej rdzy, wielu serwisach i wielu przeróbkach, które miały tylko spełnić pragmatyczną funkcję, a zupełnie przypadkiem zbudowanył fotogeniczność motocykla. Gdyby stał obok 10 lśniących Coffee Racerów na placu Trzech Krzyży, jestem pewien, że byłby pierwszym i najbardziej komentowanym okazem.
Po motorze próbujemy sił w portrecie. Okejki, okulary, stanie na macho – to tak bardzo międzynarodowe pozy, jakby był to język migowy rozpowszechniony bardziej niż angielski. Jest fajnie. Grupowe zdjęcie. Nie znamy wspólnego zasobu słów, które mogłyby to skomentować inaczej niż good good i ok. Hassim odwija chustę, w której przyjechał i zaczyna zdobić moją głowę, jakbym przechodził pasowanie na pustynnego rycerza. Gotowy, kształtny turban podrywa wszystkie telefony chłopaków. Śmiech rozpuścił resztę bariery i pozostaje tylko wypłukać resztki jej fundamentów, żeby się pojednać. O ile aparat Fuji nas wprowadził do znajomości, to aparaty w iPhonie 15 PRO są pasem startowym do przyjaźni. Wyciągnąłem go tylko zrobić selfie z chłopakami, a gdy został zauważony, to właściwie wypożyczyłem go w ręce tego młodocianego gangu.
Ludzie Maroka tak jak Polacy lubią dobry deal, a dzisiejsza światowa waluta jest jedna i wspólna – lajki na insta. Każdy małolat wie, że iPhone robi dojebane zdjęcia, a że chłopaki nie mieli wcześniej do niego dostępu, sesja rozkręca się na całego. Wszystkie kombinacje osobowo – motocyklowe, we wszystkich kamerach, obiektywach i trybach portretowych idą w ruch, a ja właściwie poczuwam się jak executive producer tej sesji i mogę przysiąść na masce auta i nic nie musieć już robić. Content robi się sam.
Chłopaki rozwiązują przy okazji mój problem, który na szczęście zmienił dynamikę: nie muszę wzywać pomocy lecz mogę dać znać gdzie jestem i że szacuję pojawienie się z powrotem w świecie LTE o jedenastej następnego dnia, a więc będę mógł przysłać informację, że żyję i mam się dobrze. W multitasku iPhone wysyła wszystkim zdjęcia na whatsappie.
Chłopaki są wdzięczne. Ognisko rozpalone, woda leje się do czajniczka na herbatę, żeby szybko przejść do stanu wrzenia z fusami i z wielką krą cukru. Dostałem miejsce na zagrzanym przez ogień kamieniu i tak sobie siedzimy jak po burzy, oczekując kolejnych wydarzeń.
Widzę podział ról zgodnie z charakterem i talentami: ten którego imienia nie usłyszałem, najstarszy – milczy, ale dba o ogień, grzeje dłonie do czego mnie zaprasza. Widać, że to backend tej całej ferajny. Natomiast Hassim – najbardziej przystojny i wygadany – coś opowiada, puszcza muzę i ostro publikuje na instagramie. Mbrak próbuje mnie zagadywać z tłumaczem w telefonie, a Mohammad ewidentnie ze smykałką kulinarną zaparza herbatę z perfekcyjną pianką.
Zaimponowało mi to. To jest pierwsza rzecz, którą widzę w człowieku, doceniam i szanuję: największa możliwa dbałość o sprawy kulinarne. Ujęło mnie to, że w tym całym zakurzonym świecie, gdzie nie ma miejsca na użytkowe piękno, dizajn i inne kosze piknikowe zachodniego świata, znalazła się przestrzeń na zawinięte w czystą ścierkę szklanki, ich wytarcie pod światło wraz z wnikliwą kontrolą czystości i protokół parzenia herbaty bez kompromisów czasowych oraz bez najmniejszego zejścia z finalnej jakości produktu. Inercyjne niemal baletnicze ruchy przelewania, pienienia i podgrzewania i czujnej kontroli procesu, wytworzyły napój ciemny, gesty, gorący ale nie parzący języka, skrajnie mocny ale równie intensywnie zbalansowany słodyczą, dzielący szklankę w aptekarskiej proporcji dwóch części herbaty do jednej części piany. Estetyka tego beverage była kunsztem Młodego, ale jej funkcja wynika z prastarej potrzeby ochrony napoju przed pyłem wiatrów pustyni, które setki lat musiały uprzykrzać delektowanie się herbata i w efekcie pozwoliły wykształcić małe wąskie, acz dość wysokie szklanki, metalowe imbryczki ze specjalną zakrzywioną szyjką, która nie roniąc ani kropli, generuje doskonale prosty i proporcjonalny do szklanki strumień herbaty, która tylko w tej landrynkowo słodkiej proporcji lana z wysoką, pieni barierę stawiającą czoła najbardziej nachalnym pyłom i kurzom.
W tej kulturze obcy taki jak ja, może mieć dwie pozycje: turysty do wydojenia lub gościa branego za najważniejszego członka rodziny. Poczułem się tym drugim, gdy pierwszą i najlepiej wykonaną herbatę zaserwowano w moje ręce. Mocna, gorzka, słodka, pyszna. Siorbiemy w ciszy. Co miało być powiedziane, zostało powiedziane. Mogę delektować się obserwacją, grzać tyłek od kamienia, robić zdjęcia, dokumentować to spotkanie młodocianych braci.
Chciałbym jakiś kontekst i chciałbym dialogu, ale bariera słowa mówionego jest nie do przeskoczenia. Nie dowiem się z czym się mierzą? Czy spotykają się z dziewczynami? Czym zajmują się ich mamy? Czy smarują twarz kremem SPF? Czy byli kiedyś za granicą? Czy wiedzą jak nazywają się gwiazdy czarnego nieba, które zaraz spłynie ze skarpy i rozleje się na całą dolinę? Nie zapytam ich o to, co nurtuje mnie za każdym razem, gdy mijam autem snujące się bez celu wioskowe dzieciaki podobne do nich: Czy mają wybór? Czy w tym, a jeśli nie w tym, to w którym pokoleniu będą mieć wybór podobny do młodzierzy z zachodniego świata: gdzie być za pięć lat, z kim się przyjaźnić, jaki kontynent będzie ich ulubioną zimową destynacją, lub czy osoba z którą się pokochają będzie wolała kuchnię urządzić w stylu boho, dalej prestiżowo czy może w planie otwartym z minimalistycznym salonem wychodzącym na ogród?
Tak bardzo chciałbym zadawać pytania, ale nie mogę przeprowadzić wywiadu. Jest to technicznie niemożliwe, bo tłumaczenie zachodniego na arabski konfuduje nawet ChataGPT. Więc siedzę. Trochę słucham, trochę upajam się kolejną herbatą, momentem, trochę wiruje mi w głowie to całe zajście – jego napięcie i rozwiązanie w którego centrum się znalazłem. Zalewa mnie wdzięczność, bo żadna ilość gotówki tego świata, żadne biuro podróży, żadna insta polecajka nie dałaby mi tego, co dostałem tutaj za darmo. Marrocan Hospitality w pierwszym wykonaniu. Jestem z nimi na równi, na tej skarpie, na dachu tego świata. Bez zbędnych słów, jedynie z esencjonalną herbatą. Płyniemy spokojnym morzem gestów różnych jak różne są jego fale, a jednak uniwersalnie dających się zdefiniować jako przyjazne.
Na dodatek ten wieczór nie skończy się szybko, bo rozpoczynają się narady – jest jakiś ruch. Marokańczycy i Polacy lubią dobry deal. Jestem proszony na kolację i spanie, a w zamian podrzucę kogoś do miasta, które będę miał po drodze na lotnisko.























