Hotel Dancers

Barcelona 27.12.2019

Marcin, przepraszam że tak późno daję znać..

Jestem w ciągłym biegu z próby na próbę.

Edition Hotel, Plaza de Cataluna 1223.

Pokaz zaczyna się o 22:00. 

 

 

Wsiadam na moto od Oliviera. Jedyny słuszny środek transportu w tym mieście. W niecałe 13 minut przebijam się spod prawie Sagrady Familii zahaczając dla zabawy przez turystyczny kocioł Passeig de Garcia i kończąc na obrzeżu wjeżdżam na rozległy plac Placa d’ Antoni Maura, na którym parkuję. Blokada na koło, kask pod siedzenie, kluczyki do kurtki, przebiegam przez przejście, żeby za chwilę wejść do nowego multi gwiazdkowego hotelu. 

 

Szukam Izy (Izzy) z kabaretu. Uśmiechnięci concierge (między słowami oznajmiają mi że, nie muszę się tłumaczyć po co przyszedłem) życzliwie informują, że kabaret jest prosto, w prawo i schodami w dół. Idę, ale nie od razu – nie jestem w pośpiechu, rozglądam się. Góra – do sufitu z 8m – piękne wiszące lampy dają subtelny blask, rozświetlający drogie drewno na ścianach i na posadzce. Stół do pracy, bar, współczesne obrazy. Z każdym krokiem coraz więcej detali. Niebieska świecąca ściana intryguje, w zestawieniu z fakturą słoi, przyciąga. Cyk foteczka telefonem. Idę we wskazanym kierunku. Nie wyglądam na gościa hotelu, jednak każdy z obsługi, który na mnie patrzy, nie wątpi i nie podejrzewa, tylko obdarza serdecznym uśmiechem, któremu wtóruje delikatne, porozumiewawcze skinienie głowy. To typowe dla butikowych hoteli w zachodnich miastach, gdzie pieniądze są od pokoleń i każde kolejne korzysta coraz chętniej z luksusu nie udowadniania wyglądem, że je ma. Tak więc korzytam z przywileju. Mijam z 3 kontynenty narodowości przy kolacyjnych stolikach. Mijam zdjęcia jakiegoś reportażu z bliskiego wschodu. Mijam szafę szampanów i win, docieram do schodów. Dyskretny gwar parteru zanika w czerni i czerwieni. Mrok jest dominantą, z której wyłaniają się punktowo oświetlone drogie skórzane meble, pluszowe ściany, klinkierowe kafle i mahoniowe framugi. Sala ze sceną jest zaprojektowana z elegancją, a wieńczy ją ogromną połać czerwonej kurtyny. Jeśli mój opis zbyt mało oddaje stopień ekskluzywności, to kurtyna wygląda jakby te ciężkie falbany materiału, obszyte frędzlami mogły kosztować więcej niż wyposażenie całego mojego mieszkania.

– Llege para ver Izzy. Tu sabes ella? 

– Si, vale!

– Gracias.

Jest Iza. Naturalnie uśmiechnięta. Piękny, mocny, południowy głos. Chwila zapoznania, oferuję dokumentację foto na zapleczu sceny, ale ona mówi: czekaj. Czuję, że to za szybka prośba, ale to nic dziwnego – nie znamy się. Nie nalegam – siadam i czekam. Pro tip: wiele rzeczy w życiu to gra w czekanie, albo gra w zamknięcie ryja w odpowiednim momencie lub zapoznanie się ze swoim miejscem w szeregu. Siedzę, robię szkic tego tekstu i nagle pojawia się Ona. W obłędnej złotej sukience. Idziemy? Wow, OK. Idziemy robić kilka ujęć przy niebieskiej ścianie, podziwiamy hotel, omawiamy co się wydarzy. Możesz wejść na zaplecze.

 

Nie zastanawiam się tam 3 sekund czy już mogę robić zdjęcia, po prostu to widzę. Sytuacja jest warta dokumentowania, takiego zaplecza nigdy nie widziałem i może nigdy nie zobaczę. Z każdym kolejnym zdjęciem, każdy członek ekipy tanecznej otwiera się. Niko, Marco, Izzy i Galaxia oswajają się. Robią swoje, ja robię swoje, czasem mówię stań tu, czasem spójrz w obiektyw, ale żadnych przesad.

– W tym roku dostałam wpierdol Marcin. Spadłam na 4 łapy, ale było mega ciężko. Barcelona nie jest przyjaznym miastem. Trochę się tu niebezpiecznie, trochę tu wszystko jest na pokaz. Ciekawe, też dostałem wpierdol i też spadłem na 4 łapy. Czy to taki rok?

Show jest w sumie niesamowite. Niko chodzi lepiej na rękach niż ja na nogach, Marco gładko obraca się na linach i widać każdy jeden mięsień jego pleców. Izzy czuje rytm jak mało kto, a jej wrodzona energia z uśmiechem i burzą włosów hipnotyzuje. Galaxia improwizuje sensualnym tańcem, który poprawia krążenie. Robię zdjęcia z odbiciem i moje usta cały czas mówią nieme: wow! Gra ciała, światła i cienia robi wielkie wrażenie, chociaż pokaz jest kameralny i nie wtóruje mu burza oklasków, błyski laserów czy huk muzyki.

Choreograf zachwycony. Dźwiękowiec zachwycony. Ja zachwycony. Tancerze dali 100%. Tylko publiczność ssie. Ludzie, tu się klaska, oha i aha. Jakąś reakcję, namiastkę życia proszę! Ale jest tylko połowa sali. Może dlatego. Może powinni dostać dwie lufy tequili na dzień dobry. Może. Ludzie majętni często są powściągliwi i nie pozwalają sobie na emocje. Jest 3 dni do sylwestra więc może i dla tego nie ma co szaleć, trzeba oszczędzać siły, raczej nie pieniądze, a na noworoczne party zrobić Ostateczne Pierdolnięcie.

Koniec pokazu – siadamy przy barze. Jesteśmy najprzystojniejszą i najbardziej wysportowaną 6-stką (sorry, ze mną) w tej knajpie. To na prawdę pora na wyjazd z Barcelony? Iza tu mieszkać nie chce. Jest tutaj podobnie jak chyba w każdym dużym mieście, gdy przyjeżdżasz realizować marzenia. Godzisz się na niższy standard życia. Mieszkasz daleko albo dzielisz mieszkanie z innymi za i tak absurdalne pieniądze. Podejmujesz się większości artystycznych zadań poniżej rozsądnego wynagrodzenia. Nie płaci się za nadgodziny. Licząc czas poświęcony na przygotowania pracujesz na 200%-300%. W każdym znanym mieście, na twoje miejsce jest nieskończona liczba chętnych. Bo mieszkanie w Barcelonie podobnie jak mieszkanie w Nowym Jorku to trochę jak płacenie za fancy logo na torebce. To prestiż powiedzieć: Ah wiesz, MIESZKAM W BARCELONIE. Ale drugą stroną medalu nie bardzo chcesz się pochwalić. Na pewien moment, na pewien etap jest to jednak dobry krok, warty spróbowania. Bo ostatecznie, przez mały, drobny wycinek swojego życia jesteś na topie, jesteś w miejscu gdzie są najlepsi. Możesz powiedzieć – byłem tam. To uzależnia, ale trzeba się liczyć z tym że nie będzie trwać na zawsze.